Młodzieżowe Forum Chrześcijańskie Strona Główna
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumRegulamin

Poprzedni temat «» Następny temat
Czy Bóg chce żebyśmy pokochali siebie?
Autor Wiadomość
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-07-28, 20:50   

zosia napisał/a:
Kochamy siebie, a o Boga się nie martwimy - byle dziś, byle mieć, byle użyć.

Z tym bym się nie zgodził - miłość do Boga i bliźniego bierze się się miłości do samego siebie, co nie jest równoznaczne z egoizmem, lecz jest jego przeciwieństwem.

"Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego" - dla mnie miłość do innych jest możliwa tylko wtedy, gdy potrafimy pokochać siebie. Egoistyczni ludzie tak naprawdę nie kochają siebie, lecz siebie nienawidzą.
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
zosia 



Wyznanie: Katolik
Pomogła: 27 razy
Wiek: 60
Dołączyła: 31 Maj 2005
Posty: 8512
Skąd: Lublin
Wysłany: 2010-07-28, 22:37   

Roberto napisał/a:
Z tym bym się nie zgodził - miłość do Boga i bliźniego bierze się się miłości do samego siebie, co nie jest równoznaczne z egoizmem, lecz jest jego przeciwieństwem.

To szalony błąd filozoficzny, całkowicie sprzeczny z Biblią. Często taki pogląd reprezentują psycholodzy. Ludzkie ciałko samo się kocha - człowiek ma to zakodowane w swej naturze.
Poczucie "gorszości", które się wiąże z "nienawiścią do siebie", też ma swe źródło w braku Boga. Dopiero spojrzenie na siebie, jako na dziecko Boga, nadaje nam ogromną wartość i wielowymiarowość naszej egzystencji. Daje potrzebną równowagę i harmonię wewnętrzną, trzeźwy osąd rzeczywistości.
Dopóki widzisz tylko siebie i swoją relację do otoczenia jesteś egoistą bez względu na to czy jesteś pyszny, czy oskarżasz siebie.

Wszelka miłość w Bogu ma początek. Poczytaj Listy zwłaszcza 1 Kor 13. Jeśli ukochasz Boga, będziesz umiał kochać ludzi i siebie, albowiem świat jest głupstwem, a zaufanie człowiekowi, a zwłaszcza sobie - prowadzi na manowce.
_________________
 
 
     
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-07-29, 18:02   

zosia napisał/a:
Ludzkie ciałko samo się kocha - człowiek ma to zakodowane w swej naturze.

Co masz na myśli?
zosia napisał/a:
Dopiero spojrzenie na siebie, jako na dziecko Boga, nadaje nam ogromną wartość i wielowymiarowość naszej egzystencji. Daje potrzebną równowagę i harmonię wewnętrzną, trzeźwy osąd rzeczywistości.

Tak, ale jaki to ma związek?
zosia napisał/a:
To szalony błąd filozoficzny, całkowicie sprzeczny z Biblią. Często taki pogląd reprezentują psycholodzy.

Nie sądzę. Jeśli nie potrafię się kochać siebie - to tym bardziej, nie będę mógł pokochać innego człowieka, czy Boga, którego nie widzę. Miłość bierze się z Boga, bo Bóg jest miłością - miłość ta wyraża się w miłowaniu siebie, innych ludzi i Boga.
zosia napisał/a:
Wszelka miłość w Bogu ma początek. Poczytaj Listy zwłaszcza 1 Kor 13. Jeśli ukochasz Boga, będziesz umiał kochać ludzi i siebie, albowiem świat jest głupstwem, a zaufanie człowiekowi, a zwłaszcza sobie - prowadzi na manowce.

Nie pisałem o zaufaniu, tylko kochaniu siebie. Jednak, skoro już o tym napisałaś, to trzeba mieć zaufanie we własne siły i zdolności, którymi obdarzył nas Bóg. Gdyby dziecko nie miało zaufania do siebie, nie podejmowałoby prób zdobywania coraz to bardziej skomplikowanych umiejętności. Tak samo dorosły człowiek.
Tak, nic bez miłości nie ma znaczenia - ale jakiej miłości? Czy istnieje egoistyczna miłość? Nie, bo to nie jest prawdziwa miłość, lecz jakaś pseudomiłość, zazdrość, chęć zniewolenia, posiadania na własność. Jeśli więc kocham rzeczywiście siebie, to będę w stanie kochać innych ludzi i Boga. Poniżanie i nie szanowanie siebie w imię miłości Boga, nie jest rzeczywistą miłością.
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-07-29, 18:58   

W przykazaniu: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mt 22,39) zawiera się nakaz miłowania siebie. Wyrazem tej miłości jest troska o swój rozwój, uświęcenie, zbawienie. Egoizm polega na tym, że człowiek tylko pozornie siebie miłuje, np. kosztem bliźnich zdobywa majątek, przez co niszczy swoją miłość będącą największym skarbem, przez całe życie dąży do osiągnięcia sławy nie troszcząc się wcale o swe zbawienie. Prawdziwie kocha siebie ten, kto miłuje Boga i bliźnich, gdyż w ten sposób dochodzi do szczytu doskonałości i zapewnia sobie szczęście wieczne. Jedną z najniebezpieczniejszych form braku miłości do siebie może być niechęć do poznania całej prawdy o sobie, np. zamykanie się na słowa krytyki, niezastanawianie się nad sobą. Taka postawa utrudnia rozwój osobowości, powodując wielkie zubożenie duchowe i skostnienie. Kto nie chce w pełni poznać siebie, ten nie dojdzie nigdy do prawdziwej miłości. Człowiek unikający prawdziwego poznania siebie będzie żył w klimacie mitów i wyobraźni o sobie, o swoim postępowaniu.

Źródło: http://www.teologia.pl/m_k/zag06-4e.htm#8

O miłości własnej pisał też św. Tomasz z Akwinu, podkreślając, iż człowiek powinien kochać przede wszystkim siebie, za czym nieuchronnie pójdzie miłość do bliźniego i Boga.

Budda z kolei proponuje, żebyśmy zaakceptowali to, iż przede wszystkim kochamy siebie, bo wówczas nie będziemy wymagali tego od innych, manipulowali nimi w celu zdobycia miłości, damy im w tym względzie wolność.
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
zosia 



Wyznanie: Katolik
Pomogła: 27 razy
Wiek: 60
Dołączyła: 31 Maj 2005
Posty: 8512
Skąd: Lublin
Wysłany: 2010-07-29, 19:37   

Robimy OT jak stąd dotąd, ale trudno, od dawna się o to spieramy.
Skoro przytaczasz słowa Tomasza z Akwinu, to musisz doskonale sobie zdawać sprawę z czego i z jakiej postawy one wynikają, a z tego a ni ty nie zdajesz sobie sprawy, ani zacytowani teolodzy o tym nie mówią i przez to niedopowiedzenie wprowadzają w błąd.
Jako ilustrację przytoczę ci modlitwę św. Tomasza już starca:

Panie, Ty wiesz lepiej niż ja sam, że się starzeję. Zachowaj mnie od zgubnego mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu ścieżek. Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i dodaj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach i daj mi łaskę mówienia im o tym”

Św. Tomasz z Akwinu

Czy tak kocha siebie człowiek? Nie, tak rozumianej miłości do siebie nauczył się od Boga!!!
_________________
 
 
     
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-07-30, 19:29   

zosia napisał/a:
Nie, tak rozumianej miłości do siebie nauczył się od Boga!!!

Nie zaprzeczam, a nawet potwierdzam. To, że potrafimy kochać siebie jest wpisane nam w duszy przez Boga - więc od Niego miłość ta pochodzi, przy czym człowiek musi uwierzyć w to, że Pan Bóg bezgranicznie kocha go za to KIM JEST, wówczas będzie w stanie pokochać siebie, a więc masz rację Zosiu, pisząc, że człowiek uczy się kochać od Boga.
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-07-31, 17:13   

A oto fragment artykułu, obalającego mity na temat miłości do samego siebie:

Przypatrzmy się teraz tym powodom, które najbardziej utrudniają dojrzałe pokochanie samego siebie. Pierwszym z nich jest dosyć rozpowszechnione irracjonalne przekonanie, że człowiek nie powinien kochać samego siebie! Od wczesnego dzieciństwa młodzi słyszą od rodziców i innych wychowawców, że dojrzałość oznacza dorastanie do miłości Boga i bliźniego. Z tego typu sformułowań niektórzy wyciągają wniosek, że powinni kochać jedynie Boga oraz innych ludzi ale nie samych siebie. Co więcej, nawet część chrześcijan uważa, że dojrzały człowiek nie tylko nie jest wezwany do tego, by pokochać siebie lecz, że jest mu to wręcz zakazane, gdyż pokochanie siebie oznaczałoby po prostu uleganie egoizmowi. A egoizm jest przecież zaprzeczeniem miłości.

Tego typu uproszczenie, w postaci utożsamiania miłości wobec samego siebie z egoizmem, ma też swe przyczyny w nieprecyzyjnej terminologii, jaką się posługujemy. Otóż w języku polskim egoizm nazywany jest często miłością własną. Sugeruje to, iż sam fakt objęcia miłością samego siebie jest już przejawem egoizmu. A to prowadzi z kolei do wniosku, że nie jest w ogóle możliwa dojrzała miłość wobec samego siebie, która nie byłaby ostatecznie jakąś formą egoizmu.

Tymczasem egoizm jest zawsze zaprzeczeniem miłości. Można oczywiście w egoistyczny sposób "kochać" samego siebie ale istnieje równie wielkie ryzyko, że ktoś w egoistyczny sposób "pokocha" inne osoby. O tym więc, czy jakaś postawa jest miłością czy też egoizmem, nie decyduje fakt, do kogo jest ona skierowana (do samego siebie czy do innych osób) lecz na czym ta postawa polega! Egoizm to nie miłość człowieka wobec samego siebie lecz to niezdolność do przyjęcia siebie z dojrzałą miłością. A kto nie potrafi przyjąć siebie z dojrzała miłością ten rzeczywiście wpada w pułapkę egoizmu. Albo zajmuje wobec siebie postawę wrogości. Obie te skrajności są równie niebezpieczne. Obie też wykluczają miłość.

Innym powodem, który utrudnia pokochanie siebie, jest przekonanie, że chrześcijaństwo wręcz żąda, by wierzący wykluczył samego siebie z przykazania miłości. Tymczasem już prawie trzy tysiące lat temu Bóg objawił człowiekowi jasną zasadę w tym względzie: "kochaj bliźniego swego jak siebie samego" (por. Kpł 19, 18). Zasadę tę równie jednoznacznie potwierdził Chrystus (Mt 22, 39; Mk 12, 31). Chrześcijaństwo zatem nie tylko akceptuje miłość człowieka wobec samego siebie ale stopień jego miłości wobec siebie traktuje jako miarę miłości wobec bliźniego. I to w dodatku jako miarę maksymalną: Bóg stwierdza, że człowiek nie może pokochać bliźniego bardziej niż siebie samego.

Kolejną przeszkodą w dojrzałym pokochaniu samego siebie jest historia życia danego człowieka. Każdy z nas uczy się postawy wobec samego siebie od innych ludzi, zwłaszcza od rodziców i innych osób z najbliższego otoczenia. Ich postawę wobec siebie dany człowiek przyjmuje jako rodzaj wzorca, który bezpośrednio wpływa na jego własny sposób odnoszenia się do siebie. Łatwo sobie uświadomić, że sytuacja żadnego człowieka nie jest w tym względzie idealna. Czasami inni są dla nas zbyt wyrozumiali i pobłażliwi. Innym znowu razem okazują się zbyt niecierpliwi i surowi. Czasami więc uczą nas egoizmu a innym razem wrogości do samego siebie.

Kolejną przeszkodą w dojrzałym pokochaniu siebie jest fakt, że wielu ludzi nie jest świadomych postawy, jaką zajmują wobec samych siebie. Trudno wtedy o kształtowanie dojrzałości w tym względzie. Większość osób potrafi łatwiej odpowiedzieć na pytanie: jaki jesteś dla innych osób, niż na pytanie: jak postępujesz wobec samego siebie?

Czwarta przeszkoda w pokochaniu siebie wynika z niedoskonałości człowieka, której w jakimś stopniu każdy doświadcza. Dosyć łatwo byłoby pokochać kogoś idealnego, doskonałego, nie dotkniętego słabością, konfliktami wewnętrznymi i zewnętrznymi. W miarę łatwo jest jeszcze pokochać kogoś niedoskonałego pod warunkiem, że mamy z nim jedynie niewielki kontakt, że spotykamy się tylko od święta, że nie musimy razem pokonywać trudności i rozwiązywać niepokojących problemów. Tymczasem w kontakcie z samym sobą sytuacja jest diametralnie inna. Każdy człowiek bezpośrednio i niemal nieustannie doświadcza własnych słabości. Co więcej, każdy w jakimś stopniu krzywdzi samego siebie i przynajmniej czasami sam nie rozumie tego, co się w nim i z nim dzieje. Ma do siebie pretensje i żal o zło, które sobie wyrządził a także o to, że pozwolił, by inni go skrzywdzili. A ponadto przebywa ze sobą - z kimś tak niedoskonałym - dzień i noc. Zawsze.

Co znaczy więc kochać siebie?

Istotą miłości chrześcijańskiej jest troska o dobro danej osoby. Dokładnie to samo stanowi istotę miłości człowieka wobec samego siebie. Pokochać siebie to objąć siebie tą samą miłością, którą kocha mnie Chrystus. Pokochać siebie to w dojrzały sposób zatroszczyć się o własny rozwój, o realizację własnego powołania, którym Bóg obdarzył każdego z nas. Innymi słowy pokochać siebie to podjąć wysiłek, by stać się najpiękniejszą wersją samego siebie, by ochronić w sobie i wydobyć z siebie całe bogactwo piękna, prawdy, dobra, wrażliwości, wierności, wytrwałości i nadziei. Pokochać siebie to w odniesieniu do samego siebie podjąć trud i troskę ogrodnika, który z miłością i cierpliwością pielęgnuje różę swojego życia. Pokochać siebie to także podjąć wysiłek, by usunąć z własnego życia to wszystko, co przesłania prawdę, dobro i piękno, co osłabia wrażliwość i wierność, co zagraża wytrwałości i nadziei. To podjąć w odniesieniu do samego siebie trud i wysiłek rzeźbiarza, który z miłością i cierpliwością próbuje usunąć z kamienia to, co przeszkadza w odkryciu piękna postaci, która może się z tego kamienia wyłonić. To ostatecznie pozwolić, by w nas żył i działał sam Chrystus (por. Flp 3, 4-12).


Źródło: http://www.opoka.org.pl/b...hac_siebie.html
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
zosia 



Wyznanie: Katolik
Pomogła: 27 razy
Wiek: 60
Dołączyła: 31 Maj 2005
Posty: 8512
Skąd: Lublin
Wysłany: 2010-07-31, 19:52   

Roberto napisał/a:
Chrześcijaństwo zatem nie tylko akceptuje miłość człowieka wobec samego siebie ale stopień jego miłości wobec siebie traktuje jako miarę miłości wobec bliźniego. I to w dodatku jako miarę maksymalną: Bóg stwierdza, że człowiek nie może pokochać bliźniego bardziej niż siebie samego.


Tyz prowda, ks. prof. Tischner też mówił na wykładach, że bliźniego swego należy kochać tyle samo co siebie i ani mniej, ani więcej. Pisałam już o tym w temacie o miłości i pisałam o skutkach kochania bardziej siebie niż bliźniego i o skutkach kochania bardziej bliźniego niż siebie - to są anomalie, które tragicznie skutkują w życiu.

Ale ... J 15:13 BT "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich."
O czym nie chcą słyszeć wszelkiej maści pacyfiści, zwłaszcza ŚJ.

Zacytuję teraz tekst z przytoczonego przez ciebie artykułu, który pominąłeś, a jest on fundamentem sprawy - Jak kochać siebie?

Cytat:
Miłość bliźniego realizuje się zatem poprzez wierne wypełnianie wszystkich przykazań Bożych, które odnoszą się do relacji międzyludzkich. Są to następujące przykazania: "czcij ojca twego i matkę twoją (Pwt 5,16), "nie będziesz zabijał" (Wj 20,13), "nie będziesz cudzołożył" (Wj 20, 14;), nie będziesz kradł" (Wj 20, 15; ), "nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadek" (Wj 20, 16), "nie będziesz pożądał domu bliźniego twego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego" (Wj 20, 17), "nie będziesz pożądał... żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego" (Wj 20, 17). Katechizm poddaje szczegółowej analizie wszystkie powyższe zasady jako konkretne przejawy miłości w relacjach między ludźmi (por. KKK 2197-2557).


Autor pięknie to ujął, tylko nie przyszło mu do głowy, że siebie trzeba też według dokładnie tych samych przykazań kochać i dlatego uporczywie mówię, że wszelka miłość (ta prawdziwa, nie emocjonalna) od Boga pochodzi. Skoro mamy kochać tak samo siebie, to te przykazania też wyznaczają naszą miłość do siebie.

4. Jeśli jestem matką, to nie tylko kocham dzieci, ale i siebie jako matkę, a więc dbam o swoją godność i autorytet u dzieci.

5. Jeśli kocham siebie, to nie popełnię samobójstwa, a nie tylko nie zabiję kogoś. To będę dbała o powierzony mi przez Boga dar życia i nie narażała go niepotrzebnie, stosowała odpowiedni ubiór do pogody, szła do lekarza, jak zajdzie potrzeba, dbała o czystość itp.

6. Jeśli kocham siebie, to nie dam swego ciała na poniewierkę, aby używał go każdy, kto chce, ani prowokowała do tego płeć przeciwną, a tym bardziej tą samą.

7. Jeśli kocham siebie, to nie będę okradała siebie ze swojej pracy i dobytku przez marnotrawstwo, rozrzutność, czy "gesty" wynikające z próżności czy pychy.

8. Jeśli kocham siebie, to nie będę przeczyła rozsądkowi i wmawiała sobie, że czyny szkodliwe dla mojego zdrowia, ale za to sprawiające mi przyjemność są dobre dla mnie.

9-10. Jeśli kocham siebie, to to nie będę pożądać ani cudzego małżonka, ani cudzej rzeczy, bo żądze mnie zabijają, zabijają moją duszę i zaślepiają, a więc nie słucham swojej zazdrości, chciwości i żądzy władzy.

Summa summarum uczę się kochać i siebie i bliźniego od Boga, który dał mi wskazania, jak to robić.
Skąd się więc wzięło nasze nieporozumienie?

Otóż pisząc o postępie technicznym wskazałam na to, że wraz z nim, następuje odrzucenie Boga, jako wartości najwyższej i postawienie siebie w Jego miejscu. A więc następuje zlikwidowanie źródła miłości - pozostaje nam samouwielbienie w sensie "miłość własna", "egoizm", bo bez Bożych przykazań wszelka miłość kona, a ty to odebrałeś jako odrzucenie miłości siebie. To jest odrzucenie miłości w ogóle Bez Boga nie ma miłości - w każdej religii, chyba, ze mamy do czynienia z jakąś filozofią życia, jak w buddyzmie, ale tam występuje coś w rodzaju miłości transcendentalnej, zespolenia z naturą.

A co jest podstawą poczucia swej wartości, która w ogóle rodzi miłość do siebie?
BÓG - to Jezus nam powiedział, że jesteśmy Jego braćmi, a więc dziećmi Boga i zaświadczył to Swoją Krwią. Dał przykład miłości najwyższej - oddania swego życia za nasze życie wieczne.
I to jest fundament godności każdego z nas, nawet tego na dnie społecznym, moralnym, wzgardzonym przez wszystkich, nieudacznika, któremu wszystko nie wychodzi.
Bez tej świadomości, nie jesteśmy w stanie docenić wartości swego życia i jego godności. Mając takie poczucie godności, otrzymujemy impuls do miłości siebie. A jakiej miłości - to już mówi Dekalog.
Jasne, że realizacja Dekalogu w sensie miłości do siebie jest równocześnie pracą nad rozwojem siebie - nic samo nie przychodzi.
Zacząć taką mądrą miłość do siebie należy od przyjęcia prawdy o sobie - tak, jak nam to pięknie zademonstrował Św. Tomasz w swej modlitwie. Można by powiedzieć nawet, że zaczynamy mądrze kochać się od VIII przykazania - od dostrzeżenia swoich ułomności we właściwym świetle Słowa Bożego i chęci naprawy, :nauka: czyli STANIĘCIA W PRAWDZIE.
_________________
 
 
     
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-08-01, 18:33   

Istotnie, niby to banalne, ale jednak na naszym forum wielokrotnie poruszane - do czego jest nam potrzebny Dekalog? Również myślę, że zalecenie przestrzegania przykazań wypływa z miłości Boga do nas, i jeżeli przyjmiemy tą miłość, będziemy w stanie pokochać siebie, jeśli nasze wychowanie spowodowało, iż nie pokochaliśmy siebie w pełni w dzieciństwie lub okresie dojrzewania. Dekalog nie jest więc czymś, co ustanowił Pan Bóg by zobaczyć, czy jesteśmy mu posłuszni, ale byśmy mieli drogowskaz, w jaki sposób postępować, by rozwijać w sobie miłość do siebie, bliźnich i Boga.

zosia napisał/a:
Ale ... J 15:13 BT "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich."

Tylko osoba, która rzeczywiście kocha siebie, może w dobrowolny sposób (bo jest o tym przekonana) - oddać swoje życie za innych czy za to, w co wierzy.

Zgadzamy się więc, że jeżeli chcemy rzeczywiście naśladować Chrystusa, to powinniśmy najpierw pokochać siebie, bo bez tego, nie będziemy w stanie pokochać innych. Zgadzamy się również, iż miłość ma swoje źródło w Bogu – On wskazuje drogę, którą powinniśmy, i co ważne jesteśmy w stanie podążać oraz wyposaża nas w potrzebne „przyrządy”. Każdy człowiek bowiem, nie ważne co przeżył, może zacząć kochać.
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
David 


Wyznanie: inne protestanckie
Pomógł: 2 razy
Wiek: 16
Dołączył: 25 Maj 2009
Posty: 843
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-08-01, 21:19   

Chciałem coś napisać, ale stwierdziłem, że w tym przypadku ani trochę nie potrafię być obiektywny. Nigdy nie miałem problemów z "miłością do siebie".

Ale coś o Dekalogu napiszę. Dokładniej to po prostu Prawo. Jeśli nie ma prawa, nie można go złamać, jest Prawo, zaczynamy łamać prawo i słusznie czeka nas kara, albo łaska ;)
Bóg nałożył na nas prawa, których musimy przestrzegać i prawa-przywileje, jak na przykład możliwość radowania się Chrystusem. Aby mieć życie wieczne wystarczy mieć "czyste konto", wyczyszczone przez Jezusa Chrystusa. Aby mieć życie dziedzica, króla, kapłana, syna Bożego trzeba korzystać z przywilejów ;)
_________________
Faktem jest, że jesteśmy wypełnieni Chrystusem.
Potrzebujemy jednak wiary, która to dla nas urzeczywistni, tak jak jak oczy urzeczywistniają nam kolory.
 
     
Lanikan 



Wyznanie: poszukujący
Pomógł: 5 razy
Wiek: 21
Dołączył: 30 Maj 2008
Posty: 875
Skąd: Nimnaros
Wysłany: 2010-08-08, 20:02   

W tej dyskusji chyba nikogo nie zdziwi moje stanowisko: Popieram Roberto, choć Zosia też mówi do rzeczy.

Problem jest nie w tym, skąd pochodzi miłość (wszyscy się zgadzamy, że od Boga), ale w tym, czy Bóg chce, abyśmy pokochali siebie. Chce.

Roberto napisał/a:
miłość do Boga i bliźniego bierze się się miłości do samego siebie


Czyli innymi słowy: Bóg daje nam miłość, którą najpierw ukierunkowujemy na siebie, aby przetrwać. Dopiero kiedy my mamy jej w nadmiarze, stajemy się zdolni do dawania jej innym (dziecko, które przestaje tylko brać, ale zaczyna również dawać miłość rodzicom). Kiedy jesteśmy pełni boskiej energii, dopiero wtedy możemy ją ukierunkować na innych. Co jest równoznaczne z ukierunkowywaniem jej na Boga. Bo coście jednemu z tych maluczkich uczynili, Mnieście uczynili. Miłość do Boga wyraża się w miłości do ludzi, a miłość do ludzi jest możliwa tylko wtedy, kiedy sami w sobie wewnętrznie jesteśmy zharmonizowani.

Kiedy ktoś nienawidzi ludzi, złorzeczy Żydom, Masonom, satanistom, pragnie czyjejś śmierci itd - a jednocześnie rozpływa się w kościele nad tym, jak bardzo kocha Boga - to jaka jest ta jego miłość? Błąd rodzi się u samej podstawy - ktoś jest wewnętrznie zepsuty, stanowi wypaloną żarówkę, która wyłącza obieg prądu w całym obwodzie - i drzewko choinkowe przestaje świecić, mimo iż wszyscy inni ludzie są okej. Nie można wtedy mówić o miłości do Boga - jest to atrapa, udawanie, pokaz, błędne głaskanie swojego ego na zasadzie: "Och jak mi fajnie, jak ja bardzo kocham, jaki muszę być dobry i na pewno będę zbawiony". To jest to, co mówisz o braku miłości do Boga, o skupianiu się na sobie i swojej relacji.

Kiedy zaś ktoś kocha ludzi, raduje się życiem, błogosławi światu i innym, życzy wszystkim powodzenia, pomaga i tak dalej - to zapytam: Jaka jest jego miłość do Boga? Czy on jest w stanie nienawidzić Boga? Złorzeczyć Mu? NIE JEST! Miłość do ludzi automatycznie generuje miłość do Boga. Miłość do ludzi jest wyznacznikiem miłości do Boga, jedna miłość jest ściśle skorelowana z drugą, jeśli nawet nie są tym samym.

Dlatego żeby czerpać z tego źródła miłości, jakim jest Bóg, trzeba być wewnętrznie dostrojonym do tego. Trzeba przewodzić miłość. Trzeba najpierw samemu się naprawić, odkryć w sobie wewnętrzną siłę (płynącą z Bożej miłości, nie przeczę), a dopiero potem można promieniować nią na innych...

Cytat:
Dopiero spojrzenie na siebie, jako na dziecko Boga, nadaje nam ogromną wartość i wielowymiarowość naszej egzystencji. Daje potrzebną równowagę i harmonię wewnętrzną, trzeźwy osąd rzeczywistości.
Dopóki widzisz tylko siebie i swoją relację do otoczenia jesteś egoistą bez względu na to czy jesteś pyszny, czy oskarżasz siebie.

O tym mówię. Ale:
1. nie można widzieć całego siebie i nie widzieć Boga, bo Bóg jest w nas ;)
2. co rozumiesz przez "spojrzenie na siebie jako na dziecko Boga"? I jak to się ma do ludzi innych wyznań, którzy też kochają i poświęcają się dla innych? Spojrzenie na siebie jako na dzieci Boga musi być metaforą mającą znaczenie globalne, uniwersalne, tak jak globalny i uniwersalny jest Bóg i miłość. Miłość do siebie wcale nie musi znaczyć to samo, co "widzisz tylko siebie i swoją relację do otoczenia".

Poza tym tutaj można zacząć całą dyskusję o tym, kim tak naprawdę jestem "ja" i całe to moje otoczenie, bo i tu są różne poglądy na sprawę, np pewna rzekłbym radykalna odmiana reinkarnacji utożsamia innych ludzi z równoległymi wcieleniami nas samych ;)
_________________
"Czym jest Bóg? To długość, szerokość, wysokość i głębia"
Św Bernard z Clairvaux
 
 
     
David 


Wyznanie: inne protestanckie
Pomógł: 2 razy
Wiek: 16
Dołączył: 25 Maj 2009
Posty: 843
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-08-08, 20:11   

Czyli "po biblijnemu" musimy być kapłanami Boga-służyć Bogu i służyć ludziom, przynosić Boga do ludzi i ludzi do Boga :) Wydaję mi się że mówimy o tym samym, z drobnymi szczegółami :D
_________________
Faktem jest, że jesteśmy wypełnieni Chrystusem.
Potrzebujemy jednak wiary, która to dla nas urzeczywistni, tak jak jak oczy urzeczywistniają nam kolory.
 
     
Lanikan 



Wyznanie: poszukujący
Pomógł: 5 razy
Wiek: 21
Dołączył: 30 Maj 2008
Posty: 875
Skąd: Nimnaros
Wysłany: 2010-08-08, 21:36   

Zamień słowo "Bóg" na "Miłość" i wtedy możesz być pewny, że wyzbyłeś się wszystkich ewentualnych nieporozumień ;)
_________________
"Czym jest Bóg? To długość, szerokość, wysokość i głębia"
Św Bernard z Clairvaux
 
 
     
Roberto 



Wyznanie: Katolik
Pomógł: 7 razy
Dołączył: 29 Gru 2008
Posty: 1210
Skąd: Mazowsze
Wysłany: 2010-08-09, 14:41   

Lanikan napisał/a:
Miłość do Boga wyraża się w miłości do ludzi, a miłość do ludzi jest możliwa tylko wtedy, kiedy sami w sobie wewnętrznie jesteśmy zharmonizowani.

A skąd bierze się tak duża dysharmonia w życiu wielu ludzi?
_________________
"postępowanie ludzi jest zawsze odbiciem tego, kim oni są" Chris Thurman "Kłamstwa, w które wierzymy"
 
     
Lanikan 



Wyznanie: poszukujący
Pomógł: 5 razy
Wiek: 21
Dołączył: 30 Maj 2008
Posty: 875
Skąd: Nimnaros
Wysłany: 2010-08-09, 17:05   

Myślę, że z tym pytaniem można znowu wrócić do tematu o postępie cywilizacyjnym ;)

Czy nas uczą, jak żyć w harmonii? Nie, tego uczą się jedynie mnisi buddyjscy i inne mniejszości z totalnego marginesu świata.

Nas uczą, jak pożądać, jak wykorzystywać, jak manipulować, konsumować, tracić czas, tyć, chorować na raka, robić sobie papkę z mózgu i przemijać bez śladu. Od najmłodszych lat.

Społeczeństwo jest chore i o to im chodziło. Taki wirus, który się rozprzestrzenia drogą edukacji i wychowania. To wszystko trzeba uzdrowić. Tak, wiem, że w tym momencie brzmię jak jakiś popaprany kaznodzieja nowej ery xP
_________________
"Czym jest Bóg? To długość, szerokość, wysokość i głębia"
Św Bernard z Clairvaux
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group